|
Przyznam, że niezmiernie uradowała mnie
możliwość przeprowadzenia tego wywiadu. Lost Horizon to zespół z
interesującą historią i wartościowym przesłaniem, popartym znakomitymi
umiejętnościami kompozytorsko-aranżacyjnymi lidera grupy - Wojtka
Lisickiego. Na razie zamrożeni, nikt jednak nie wątpi, że powrócą do nas w
wielkim stylu. Zapraszam do lektury wywiadu, na moje pytania odpowiadał
Wojtek Lisicki.

Heavyhell: Witaj Wojtku! Cieszę się że zgodziłeś się na
ten wywiad. Zacznijmy od początku historii zespołu. A na początku był
Highlander. Co to za twór, na fundamentach którego powstały dwie grupy
którym się powiodło – Lost Horizon i Hammerfall? Opowiedz nam o etapie
Highlander.
Wojtek Lisicki: Witam! Na samym początku
powiem, ze to pierwszy wywiad dla polskiego magazynu od czasu zawieszenia
działalności Lost Horizon. Na swój sposób lekko historyczne. Co do
Highlander, sorry, ale naprawdę nie mam siły na odgrzewanie kotletów po
raz tysięczny. Wkrótce zrobimy szczegółową biografię raz na zawsze na
naszej stronie.
H: Czy znasz się z muzykami Hammerfall?
Jeśli tak to czy utrzymujecie jakieś kontakty? Co sądzisz o muzyce tej
kapeli?
WL: Znamy się, ale kogo obchodzi Hammerfall? Nie
utrzymuję żadnych kontaktów. „Cześć, cześć” plus „Jak leci” i na tym
koniec.
H: Przed Lost Horizon grałeś również w Luciferion,
w którym byłeś gitarzystą i wokalistą. Z Luciferion popełniłeś płytę,
“Demonication (The Manifest)”; drugi album “The Apostate” powstał w tym
samym roku co “A Flame To The Ground Beneath”. Czy oprócz nagrania dwóch
krążków odnieśliście jakieś większe sukcesy?
WL: Jako
zespół grający live nie, bo Luciferion istniał zaledwie trzy lata, dawno
temu, gdy byliśmy kompletnie zieloni i nikt nie myślał o karierze. Wszak
było sporo koncertów z bardzo dobrym responsem i na dużych scenach.
Natomiast Luciferion ma swoje bardzo konkretne miejsce u ludzi i to jest
na swój sposób sukces. Oprócz dwóch albumów zostało nagranych jeszcze 7
składanek z coverami. H: Jak dużą rolę odegrał
Luciferion w Twoim życiu? Był czymś istotnym, czy raczej tylko
epizodem?
WL: Dużą. Nadal odgrywa. Słucham „The Apostate”
raz na jakiś czas i zawsze z fascynacja, „Demonication” raczej
nostalgicznie i bardzo rzadko, to dlatego ze identyfikuję się z „The
Apostate”. Historycznie patrząc okres „Demonicaton” i koncertów to były
interesujące czasy, pomimo że człowiek wmawiał sobie, że jest wyznawcą i
częścią „dark side”, co się tyczyło również przynależności do sceny o
adekwatnej wymowie, a co się potem okazało kompletną jedną wielką
arcy-brednią. Za to czysto muzycznie jak i mistycznie cały czas dużo dla
mnie znaczą takie klimaty. Osobiście kocham tworzyć muzykę w tym stylu i
robił bym to o wiele częściej, gdy wiązał się z tym jakaś stabilność
ekonomiczna i prosperowanie, nie tylko zwrot kosztów za produkcję w parze
z kosmicznym wypaleniem się mentalno-fizycznie. Niestety w tej muzyce tego
nie ma, a dla samej pasji to już niestety nie ta naiwność i nie te czasy.
Ale jak widać mimo wszystko nie odpuszczam, zaledwie zmieniam strukturę i
położenie, czego dowodem jest amerykański Against The Plagues, zespół w
którego skład oprócz mnie wchodzi trzech Polaków – Wawrzyn ex. z Damnation
(Pol) i Adrian z Forest Of Impaled (US). W tym roku wyszła nasza
debiutancka płyta, kolejna wspólna krwawica, która wybitnie polecam
wszystkim fanom Luciferion, jak również Lost Horizon, bo mimo ze jest to
muzyka bardzo szybka i agresywna, nieodzownym elementem jest melodia,
która uzewnętrznia się zarówno we wszystkich solówkach jak i klawiszach.
Kontakt znajdziecie na końcu wywiadu.
H: Powoli dochodzimy do czasów Lost Horizon. Skąd
wziął się pomysł, żeby po brutalnym death metalu Luciferion zabrać się za
granie tak odmiennej muzyki, jaką prezentuje Lost
Horizon?
WL: To nie ma nic wspólnego z pomysłem. U
podstawy jestem heavy metalowym gitarzysta, wychowanym na metalu/muzyce
lat 80’tych i thrashu. Granie melodyjne jest dla mnie kompletnie naturalną
rzeczą. Wielbię się w melodii; jest dla mnie najważniejszą rzeczą wśród
różnych wartości muzycznych. Dlatego też nawet na brutalnych produkcjach
zawsze jest to namacalne w solówkach i klawiszach.
H: Na
początku działaliście w trójkę: Ty, Christian i Martin. Później skład
uzupełnił Daniel, który jak dla mnie jest jednym z najlepszych wokalistów
na świecie, obracajacym się w takiej stylistyce. W jakich okolicznościach
Wasze drogi się spotkały?
WL: Pamiętaliśmy Daniela z
pewnej imprezy w środku lasu, urodzin naszego dalszego kumpla. Tam oprócz
nas (Highlander) grał również zespól coverowy, w którym śpiewał Daniel
(jak i Fredryk grał na gitarze). Miał wokal obok którego nie można było
przejść obojętnie, dlatego też utknął nam w pamięci. Tyle że te covery nie
miały dużo wspólnego z późniejszą muzyką Lost Horizon, ani nawet z samą
wokalizą, która w przyszłości miałaby nam być potrzebna, bo Daniel śpiewał
wtedy utwory Accept, Crimson Glory, Judasa itp, gdzie używał chropowatego,
ostrego wokalu. Mimo wszystko, jak nastała potrzeba o wokalistę, jego
osoba od razu została wzięta pod uwagę. Odnaleźliśmy go, po czym wkrótce
przyszedł na próbę. Resztę już znacie. H: W 2001 roku
światło dzienne ujrzał Wasz debiut, który w większości sam napisałeś.
Jakie były wówczas reakcje na ten album? I czy dziś z perspektywy czasu
jesteś z niego nadal zadowolony?
WL: Musiałbym być
niespełna rozumu gdybym nie był zadowolony. Ta płyta jest moją największą
krwawicą i reprezentuje absolutna bezkompromisowość, przełamanie
wszystkich granic wytrzymałości i spełnienie pod każdym względem w tej
dziedzinie, na tamten czas.
H: W etapie pomiędzy “Awakening The World” i “A Flame
To The Ground Beneath” skład Lost Horizon uzupełnili Atilla i Fredrik. Czy
ich pojawienie wniosło do zespołu coś nowego, czy po prostu jedynie
odgrywali swoje partie?
WL: Wnieść nie wniosło, ale są
dobrymi muzykami i robili swoja robotę dobrze live. Ale naturalnie nie
należy zapominać, że Fredrik skomponował fenomenalne solówki na „A Flame
To The Ground Beneath”, a Attila ma duża wiedzę o sound’ach
syntezatorowych.
H: Jedynym kawałkiem nienapisanym przez
Ciebie (nie licząc wstawek instrumentalnych) jest „Think Not Forever” z
drugiej płyty. Napisał go Martin. Od początku postawiłeś sprawę jasno: Ty
zajmujesz się komponowaniem muzyki a reszta zespołu się nie wtraca, czy
może po prostu inni nie kwapili się do pisania własnych utworów za
wyjątkiem tylko tego jednego?
WL: Nie nie, nigdy nic
takiego nie ustanawiałem. To efekt naturalny. Najwięcej się angażowałem i
poświęcałem, jak i wykazywałem pasję twórczą, więc to była naturalna kolej
rzeczy. Na nowej płycie będzie kolejny utwór Martina, oraz Christiana. W
każdym razie konkretne „alfy” utworów.
H: Po wydaniu
drugiego albumu stało się coś co zamroziło Wasz zespół aż do chwili
obecnej. Lost Horizon pożegnał się z Danielem i Fredrikiem, którzy
założyli własny zespół Heed. Przybliż proszę okoliczności tego
wydarzenia.
WL: Nie trawiłem Daniela od dłuzszego czasu.
To był istny koszmar. Koleś stawiał się okoniem do wszystkiego i miał
marginalne zaangażowanie w sprawach zespołowych, podczas gdy ja wypruwałem
z siebie flaki i zatracałem w otchłaniach udręki. Fredryk był kolesiem
drugo-planowym, ale nikt go do tej roli nie zmusił. Sam się tam usadził.
To głównie instrumentalista, a nie „analityk istnienia”. Jego bezjajowość
była nie do zniesienia. Opuścił zespól równocześnie z Danielem – w końcu
to koledzy od małego i ze wspólnego ex-zespołu. Potem założyli kolejny
wspólny zespól Heed.
H: Czy dzisiaj utrzymujesz kontakty z
Danielem i Fredrikiem? Jak wyglądają obecnie wasze
stosunki?
WL: Nie utrzymujemy żadnych kontaktów, ale nawet
jak byli w Lost Horizon to nie utrzymywaliśmy. Oni są z innej bajki. Są
tez z innego miasta. Mają również kompletnie inną mentalność i
zainteresowania niż reszta zespołu. Natomiast nikt do nikogo nie pawa
nienawiścią, czy tym podobnymi odczuciami. Po prostu jest kompletna
pustka, bo nie ma jakiejkolwiek płaszczyzny porozumiewawczej. Ale kto wie,
może w przyszłości to nie będzie dla nas aż tak ważne. Jeżeli robota jest
nienagannie wykonywana, a w zespole nie ma antagonizmu można się znaleźć w
takiej strukturze.
H: Co sądzisz o muzyce Heed? Ja słuchając
ich wydawnictwa mam wrażenie, że tylko Ty byłeś w stanie wycisnąć z
Daniela maksimum możliwości.
WL: Najprawdopodobniej tak
jest. Wyciągnąłem z Daniela wszystkie soki podczas nagrań. Był kompletnym
workiem po każdej sesji, zresztą jak i cala reszta, nie mówiąc o mnie
samym, bo o mało nie skończyłem na „kukułczym”. Do takich produkcji jak w
przypadku Lost Horizon potrzebna jest nie-sa-mo-wi-ta moc odśrodkowa,
wytrwałość i samokontrola, co w ich przypadku istnieje jedynie w świecie
wspomnień. Ale uważam, ze Heed to dobry zespól. Bardzo dobra produkcja,
solidny warsztat i nawet niezłe utwory. Moim zdaniem ludzie przesadzają z
krytyka, jak czytam niektóre recenzje przelotem. Gdyby nie to, że Daniel i
Fredryk grali w Lost Horizon, to postrzegano by Heed o wiele
wyżej.
H: W okresie stagnacji Lost Horizon zaangażowałeś
się w projekt o nazwie Against The Plagues, grający symfoniczny
black/death metal. W muzyce tej odzywają się echa chociażby takiego Dimmu
Borgir. Znów mamy więc zwrot o sto osiemdziesiąt stopni jeśli chodzi o
stylistykę. Czyżby tęsknota za Luciferion?
WL: Może nie za
Luciferion, a za waleniem w bębny i cymbały z prędkościami
ponaddźwiękowymi, za szybkimi i skomplikowanymi riffami, za agresją i
energią death metalu, jak i mistyką i ambientem „black”u i innymi. Bardzo
dużo daje mi granie takiej muzyki. Na promocyjnej trasie Against The
Plagues w Stanach ubiegłego roku odczuwałem atmosferę zbliżoną do czasów
Luciferion. Moc! Co do Dimmu Borgir, to nie należy nas do nich zbytnio
przyrównywać, bo Against The Plagues jest zespołem głównie death
metalowym, z inspiracjami długo przed Dimmu Borgir. Natomiast to, że
faktycznie klawisze i pewne części niektórych utworów są podobne do tej
kapeli jest zgodne z prawdą. Nie należy jednak szufladkować na tej
podstawie. Byłem przeciwny od samego początku kolejności utworów na tej
edycji płyty, wiedząc ze „Force From Within” jest faktycznie bardzo
podobny do Dimmu Borgir i że jest oczywistym, że ludzie będą się
sugerowali. Cale szczęście, że ten pierwszy druk to tylko nakład
promocyjny. Aha, Against The Plagues to nie projekt, tylko konkretny
zespół, który kosztował nas mnóstwo pracy i
zaangażowania
H: Wracając do kwestii Lost Horizon. Ostatnio
cos jakby drgnęło i pracujecie nad nowym materiałem. Na jakiej zasadzie
będzie to przebiegało? Powiedziałeś sobie: If you think forever, things
will never change?
WL: Lost Horizon jest może dla innych
nieaktywny, ale dla nas jest jak najbardziej żyjacy. Ten zespól jest
wintegrowany w nasze osobowości. Nie ma i nie było dnia żebyśmy o nim nie
myśleli od momentu zawieszenia działalności. A teraz po prostu nadszedł
najwyższy czas by się znowu wziąć do roboty. Poza tym nastała również
odśrodkowa potrzeba u wszystkich nas, jak i to że faktycznie wszyscy mamy
teraz znowu czas i energię by się konkretnie zaangażować.
H: Czy macie już na oku nastepcę Daniela? Facet będzie
musiał dysponować naprawdę żelaznym gardłem.
WL: Będzie
musiał. Żadnych pseudo-wokalistów, czy patentów! Następca musi być
kompletnie ekwiwalentny do Daniela. Oczywiście niekoniecznie tyczy się to
barwy wokalnej. Skłamałbym mówiąc że mamy jakiegoś upatrzonego następcę,
czy nawet opcję, bo nie mamy. Mieliśmy już bardzo konkretne przedbiegi z
dwoma zajebistymi wokalami, ale niestety dali arcydupy, gdzie jeden
wycofał się pod naciskiem i szantażem swojej kapeli, a drugi trzy razy nie
wywiązał się z dostarczenia próbek wokalnych do naszych utworów. Szkoda
słów... Ale damy radę! Jak przyjdzie czas na wokale to się konkretnie
zajmiemy znalezieniem odpowiedniego wokalisty, chociażby sesyjnego i
wszystko będzie po naszej myśli.
H: Ostatnio miałem taka
szaloną myśl: Owens w Lost Horizon. W końcu facet jest obecnie bezrobotny.
Odbiło mi do reszty, czy tylko trochę? ;-)
WL: Dlaczego
odbiło? To jest właśnie rodzaj wokalisty adekwatny do Lost Horizon. Ale to
nie takie proste. Po pierwsze w zespole na dzisiaj nie ma zagwarantowanej
kasy, a człowiekowi, który grał w zespole absolutnego topu trzeba
zaoferować coś konkretnego, tzn. stabilnego. Poza tym nasza procedura
pracy jest ARCY specyficzna i odmienna. Potrzebujemy osoby kompletnie
kompatybilnej i elastycznej. Nie interesują nas żadni zatwardziali
metalowcy z konserwatywnym, czy klasycznym myśleniem w
studio.
H: Rozmawiając o kwestii Lost Horizon nie sposób
nie wspomnieć o ideologii jaką przekazują Wasze liryki. Między innymi to
właśnie tworzy Was niezwykłymi, wyróżnia Was spośród wielu kapel grających
standardowy up-tempo power z tekstami traktującymi o smokach i rycerzach.
Wasze teksty stanowią istotną część przekazu. Opowiedz proszę co inspiruje
Cie do ich pisania, opowiedz o manifeście Lost Horizon do każdego
człowieka.
WL: Lost Horizon, jako kompilacja różnorodnych
wartości zebranych w jednym zespole, jest na dzień dzisiejszy moim, jak i
reszty członków, największym zespołowym, muzycznym, lirycznym, przekazowym
i „mentalno-duchowym” spełnieniem. Jest naszą areną, ale zarazem oazą –
prywatną i publiczną. Jest dość niesamowitym, że cztery jednostki do tego
stopnia podzielają tak dużą część spojrzenia na istnienie, w naturalny
nienaciagany sposób. To samo tyczy się najwyraźniej także większej części
naszych odbiorców. Najprawdopodobniej powodem tego jest, że Lost Horizon
porusza tematy penetrujące dogłębnie naturę człowieka i świata, w którym
przyszło nam żyć. Tematy trafiające wszystkich z powodów czysto
naturalnych. Porusza także kwestie traktujące o otaczających nas systemach
i strukturach manipulacji, wyzyskiwania, uciemiężenia i niszczenia. Jednak
pomiędzy słowami i muzyką, niczym fluid energii, zawsze rozprzestrzeniają
się nadzieja, przeplatając się z czystą mocą i cząstkami nieujarzmionej
woli.
H: Przejdźmy do luźniejszych pytań. Opowiedz o swoich
początkach jako gitarzysta. Czy miętosiłeś gryf już jako mały smyk, czy
może zaczynałeś nieco później, jako nastolatek, który wie co to metal i
wie czego chce. Co Cię zainspirowało żeby chwycić za
wiosło?
WL: Początek słuchania metalu zainicjowany był
chęcią bycia równie cool i na czasie w szkole co starsi kolesie, jak i
kilku rówieśników, którzy już jakiś czas temu weszli na ścieżkę,
najprawdopodobniej z tego samego powodu. To chyba było w siódmej klasie,
bo przedtem słuchało się wszystkiego. Moją pierwszą oryginalną kasetą było
„Highway To Hell” AC/DC. Pamiętam jak dzisiaj kiedy postawiłem przy łóżku
Kasprzaka i zarzuciłem tę płytę. Z głośników wydobył się harmider i
zgiełk. Kompletna ściana zakłóceń. To było moje pierwsze odczucie. Zaraz
potem były: „Live Evil” Black Sabbath, „Stained Class” Judasa, Van Halen,
„Nr2” Zeppelinów, Budgie, Oddział Zamknięty, TSA, Perfekt i kilka innych.
Natomiast chwycenie za wiosło, czyli czeską Malwę, spowodowane było już
mistyczną atrakcją do instrumentu, która nagle się zrodziła. Oczywiście
również zaiskrzona innymi kolesiami ze szkoły. Miałem wtedy 13 albo 14
lat. Gitara była prawie większa ode mnie, ledwo co sięgałem prawa ręka do
strun. Mam z nią zdjęcie, ale nawet nie próbuj mnie namawiać, bo to i tak
nie przejdzie hehehe. Kiedyś to na pewno sam "opublikuję". Oczywiście to
było kompletne piłowanie strun pseudo kostką wycięta z linijki i stukanie
w pudło tylko po to żeby obcować z gitarą mimo zero kumania. Rok (lub dwa
lata) potem wyjechałem do Szwecji i kompletnie opętał mnie metal, ale to
kompletnie. Już po roku kupiłem prawdziwą gitarę elektryczną, za własne
odłożone pieniądze. To był biały Cort. Jakiś rzęch straszliwy, ale
dostałem go tanio od kolegi, z którym potem miałem pierwszy zespół,
Tormentor :) Oczywiście od utworu WASP. Jestem oddany muzyce od momentu
jak w moim życiu zaistniał metal.
H: Czy dobrze zgaduję, że wyznajesz zasadę iż
prawdziwą siłą muzyka nie jest to jak szybko wywija paluszkami po gryfie,
ale to jak komponuje? Czy potrafiłbyś grać w zespole, który ograniczałby
Cię twórczo, gdzie nie mógłbyś tworzyć własnych kompozycji a jedynie
odgrywać patenty stworzone przez kolegów?
WL: Mógłbym.
Często o tym myślę, lekko marząc o prostocie takiego bytu. To znaczy,
równolegle do zespołów w których gram. Oczywiście zależy co to byłaby za
muzyka. Wiadome, że nie grałbym jakiegoś shitu, ale czy proste, czy
zaawansowane nie ma znaczenia. Najważniejsze żeby muzyka mi robiła, żebym
mógł się w tym znajdywać i utożsamiać (wystarczy nawet że humorystycznie),
żeby teksty nie były o kretynizmach, żeby kolesie wiedzieli co robią i
żeby nie siali żenady. Osobowość ludzi, z którymi się gra jest bardzo
ważna, nawet jak grasz z nimi od czasu do czasu. W końcu to ma być
przyjemność. Co do pierwszej części pytania, to dla mnie liczy się TYLKO
aranżacja. Czy szybko, czy wolno, dzisiaj nie ma już dla mnie
najmniejszego znaczenia. Liczy się balans.
H: Co sprawiło,
ze mieszkasz i tworzysz w Szwecji a nie w Polsce?
WL: To,
że starszy wyjechał zaraz przed Stanem Wojennym i był zmuszony zostać, a
potem w ramach łączenia rodzin przyjechaliśmy zaraz po jego zniesieniu na
stałe. Od tamtego czasu siedzę w tej zatraconej dziurze i marnuję
życie.
H: Czy masz zamiar przyjechać z którymś ze swoich
zespołów do Polski i zagrać kilka koncertów dla swych
rodaków?
WL: Zdradzę Ci “tajemnicę” mega paradoksu,
którego powodu do końca sam nie rozumiem. Nigdy nie grałem w Polsce! Ani
jednego cholernego razu. Jedyne stanie na „scenie”, to na
mini-pseudo-koncertach z gościnnie z zespołami kumpli z Sopotu dawno temu.
To jest oczywiste, ze chciałbym przyjechać. Jak Lost Horizon się rozkręci
to będziemy otwarci na Polskę jak najbardziej. Mam również wielką
nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będę mógł również zawitać z Against
The Plagues w Polsce razem z Wawrzynem i Adrianem.
H: Czy
śledzisz polska scenę metalowa? Masz jakichś swoich
ulubieńców?
WL: Nie śledzę, ani polskiej, ani
jakiejkolwiek innej. Wszystko co do mnie dochodzi to przez przypadek i
info od moich młodziaków, dla których jestem nauczycielem muzyki,
produkcji i ogólnym mentorem. Osobiście słucham jedynie soundtracków do
gier i do filmów, jak i ambientu, chill-outu i cosmic-transu. Z metalu
jedynie death i trochę blacku. Heavy metalu nie słucham w ogóle, bo
wszystko stare znam na pamięć, a nowe kapele kompletnie mnie nie
interesują.
H: Musze o to spytać: czy znasz brazylijską kapelę
Hibria? Pytam, bo wielu ludzi uważa, że śpiewa tam wokalista, który byłby
godnym nastepcą Daniela. Koniecznie ich posłuchaj :-)
WL:
Znam, tzn. wiem że istnieje. Ludzie już kilka razy proponowali nam tego
kolesia. Nawet dostał takie zapytanie od pewnej niemieckiej pary, która
wzięła na siebie role zbawienników Lost Horizon jakiś rok temu i wysyłali
zapytania o wokalistów po całym świecie. Napisał że jest zaangażowany we
własny zespół i nie może się udzielić. Nie ma znaczenia, bo oczywiście i
tak nic by z tego nie było.
H: Skąd wziął się pomysł na
image Lost Horizon? Jesteście fanami Braveheart? ;-)
WL:
Hehe, e tam Braveheart. Pomysł nie miał kompletnie nic z tym do czynienia.
Tak naprawdę nie potrzebowaliśmy wielu dyskusji by zdecydować się na taki
image. To odmienne, wojownicze, agresywne, ilustracyjne, tajemnicze, i
oczywiście bardzo true metalowe :)
H: To wszystko z mojej
strony, dziękuję za poświęcony czas. Będę z utęsknieniem wyczekiwał na
Wasz nowy album. Najlepsze życzenia na przyszłość od załogi Heavyhell!
Ostatnie słowo należy do Ciebie!
WL: Dzięki Kamil za
wywiad i za rozpowszechnianie imienia Lost Horizon! Dobrze rozgrzać znowu
polską gadkę w słowie pisanym. W chwili odpowiadania na ten wywiad nagrana
jest cała część instrumentalna pierwszego utworu, oprócz solówek. W
następnym tygodniu biorę się za tekst. Jeżeli kwestia wokalisty nie
rozwiąże się wkrótce, będziemy nagrywali kolejny utwór, którego aranżacja
jest już w 90% gotowa. I tak dalej, aż znajdziemy odpowiedniego wokala.
Mamy bardzo przemyślany plan i procedurę i ich będziemy się trzymać.
Problem z wokalistą nie będzie nam więcej leżał kłodą pod nogami, jak
zresztą nic innego. Przemy do przodu kreując magie. Siła i przeświadczenie
są z nami.
www.oncelosthorizon.com
www.againsttheplagues.com
www.luciferion.com |